Chłodne poranki, coraz krótszy dzień. Wszędzie widać
nieuchronnie czający się za rogiem koniec lata. Pelargonie w doniczkach już
wymienione na wrzosy – tym nie straszne zimne wieczory. Śliczne, drobne i delikatne, będą cieszyć oko
w klimacie jesiennym. Na straganach tony jabłek pomału wypierają letnie
pyszności. Sandały i klapki wracają do szafy. Ludzie coraz bardziej markotni.
Chłód poranny wlazł nam bezczelnie do sypialni nocą i
przewiał mi plecy. Z jękiem i kwikiem spełzłam z łóżka i tak sobie kuśtykałam i
marudziłam dwa dni. Mąż smarował maścią i śmiał się, że starość mnie dopada.
Jaka starość, co on tam wie! Popukałam go w głowę – kochaną moją, wyciągnęłam
porzeczkówkę od Babuni i tak sobie leczyłam plecy i kryzys późnoletni. Szkoda że urlopowe wojaże już za nami.
Jakoś tak doskwiera mi brak czasu. Ciągle w rytmie praca –
dom człowiek zapomina o sobie. O chwili z książką, filmem, herbatą czy
malowaniem paznokci. A praca wdaje się
we znaki – dzień w dzień te same twarze, Ci sami pacjenci z tymi samymi
pytaniami. Ileż można!
A gdyby tak rzucić wszystkim? Nie, nie, nie. Głupstwa plotę.
Nic nie rzucę, pierdoła ze mnie. Tak będę kwitła w moim bezpiecznym, ciepłym i mięciutkim bagienku. Może chociaż cokolwiek nowego? Maluteńka
zmiana? Tyci tyci? Boże, pomóż bo mnie mech obrośnie! I zgnilizna! Aż pewnego
dnia się obudzę i stwierdzę że coś mi uciekło między palcami.
Co uciekło?
Jak to co!
Życie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz