czwartek, 22 września 2016

2. Koniec lata.

Chłodne poranki, coraz krótszy dzień. Wszędzie widać nieuchronnie czający się za rogiem koniec lata. Pelargonie w doniczkach już wymienione na wrzosy – tym nie straszne zimne wieczory.  Śliczne, drobne i delikatne, będą cieszyć oko w klimacie jesiennym. Na straganach tony jabłek pomału wypierają letnie pyszności. Sandały i klapki wracają do szafy.  Ludzie coraz bardziej markotni.
Chłód poranny wlazł nam bezczelnie do sypialni nocą i przewiał mi plecy. Z jękiem i kwikiem spełzłam z łóżka i tak sobie kuśtykałam i marudziłam dwa dni. Mąż smarował maścią i śmiał się, że starość mnie dopada. Jaka starość, co on tam wie! Popukałam go w głowę – kochaną moją, wyciągnęłam porzeczkówkę od Babuni i tak sobie leczyłam plecy i kryzys późnoletni.  Szkoda że urlopowe wojaże już za nami.
Jakoś tak doskwiera mi brak czasu. Ciągle w rytmie praca – dom człowiek zapomina o sobie. O chwili z książką, filmem, herbatą czy malowaniem paznokci.  A praca wdaje się we znaki – dzień w dzień te same twarze, Ci sami pacjenci z tymi samymi pytaniami. Ileż można!
A gdyby tak rzucić wszystkim? Nie, nie, nie. Głupstwa plotę. Nic nie rzucę, pierdoła ze mnie. Tak będę kwitła w moim bezpiecznym,  ciepłym i mięciutkim bagienku.  Może chociaż cokolwiek nowego? Maluteńka zmiana? Tyci tyci? Boże, pomóż bo mnie mech obrośnie! I zgnilizna! Aż pewnego dnia się obudzę i stwierdzę że coś mi uciekło między palcami.
Co uciekło?
Jak to co!
Życie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz